Porwany przez podróżowanie
Na co dzień wykłada na uczelni oraz w szkole średniej, gdy tylko to możliwe, znika w podróżniczym wirze. To człowiek, który odwiedził 123 kraje. Miłośnik podróżowania, ale przede wszystkim pasjonat życia, życiowy towarzysz pewnej Marii. „Jestem głody życia” – mówi o sobie Michał Jarecki, Kaliszanin z pochodzenia, mieszkający w Ostrowie, obywatel Całego Świata.
Wykłada Pan na uczelni, uczy w szkole średniej, podróżuje… Odgrywa Pan tak różne role, a kim czuje się Pan najbardziej?
W sumie sercem jestem podróżnikiem, globtroterem, obywatelem świata. Tak się czuję, ale na stałe jestem chyba Michałem Jarneckim, belfrem w III LO i na WPA UAM. Tutaj spełniam się, szczególnie wtedy, gdy widzę akceptację ze strony młodych ludzi, to że chcą mnie słuchać. To mi dodaje otuchy, uskrzydla mnie. Jestem osobą głodną życia. Kocham życie ponad życie.
A jak Pan definiuje życie?
Może to brzmi banalnie, ale dla mnie życie, to wędrówka. Francuzi twierdzą, że życie jest piosenką. Pewnie i jednym i drugim, i trzecim. Jest także ciężką pracą, meandrowaniem między rafami, które stwarza nam codzienność. Jeśli jednak mamy pasję, to chyba i te meandry łatwiej się pokonuje. Życie to jednak przede wszystkim wędrówka, której koniec jest wyznaczony ciągiem kilkudziesięciu lat, a my mamy ten margines, który można ciekawie wypełnić, jeśli tego chcemy i jesteśmy gotowi zaryzykować, dokonać wyboru tego, co jest dla nas ważne.
Czy wyróżnia Pan jakieś kategorie podróżowania?
Nie będę tu pewnie za bardzo oryginalny, bo powtórzę pewne kategoryzacje. Mogę podpisać się pod tym, co pisze Beata Pawlikowska, że podróżujących można podzielić na: tzw. urzędników, wyjeżdżających służbowo, którzy poza hotelem, niewiele w danym kraju odwiedzają. Po prostu przebywają. Następni są turyści korzystający z ofert biur podróży, wykupujący kompaktowe imprezy. Ci poruszają się zgodnie z harmonogramem wyjazdu, czasem decydują się na delikatne odejście od niego. Kolejna kategoria to wycieczkowicze, którzy funkcjonują tylko i wyłącznie wg ustalonego programu. Te ostatnie grupy nastawiają się przede wszystkim na wypoczynek czy przeżycie przygody, ale w ucywilizowanych warunkach. Jest jeszcze grupa, którą określiłbym mianem ryzykantów, chcących na siłę upodobnić się do otoczenia, wtopić w rzeczywistość. Tak naprawdę ludzie ci, nawet wbrew swym intencjom mają większe kontakty ze światem przestępczym, miejscowym marginesem i przez niego są uważani za swoich. Ostatnia grupa to podróżnicy, którzy z plecakiem przemierzają świat, którzy nim wybiorą się gdziekolwiek, dużo poczytają, mają jakąś koncepcję przemieszczania się po kraju, ale oczywiście także margines na tzw. „spontan”. Wiedzą, co chcą zobaczyć, gdzie chcą pojechać. To oszczędza czas i pieniądze. Jeśli mamy ustaloną koncepcję, jest nam łatwiej podróżować. Podróżnicy tacy są bardziej otwarci, empatyczni, starają się nauczyć mówić choć w podstawach w danym języku, uczą się choćby kilku zwrotów, bo to pozwala im zjednywać ludzi, nawet kiedy zaraz po tym przechodzi się na angielszczyznę. Wyróżnikiem podróżnika oprócz programu, koncepcji działania, jest również dokumentowanie swojej podróży a w tym robienie zdjęć, spisywanie notatek i kolejno celebrowanie zapisków. Ważna rzecz – prawdziwy turysta szanuje ludzi z innych krajów. Nie naśmiewa się z nich, nawet jeśli ma swoje przemyślenia na temat tego, co spotyka. Dla większości turystów jest lub powinno być charakterystyczne to, że nie próbują oni tylko swoją miarą oceniać rzeczywistości, którą spotykają. Warto oceniać je tamtejszą miarą. Nie oznacza to, że musimy przyjąć wszystko ad hoc, co niesie dana cywilizacja. Mamy prawo do własnej tożsamości. Oceniając wszystko według naszego kryterium daleko nie zajdziemy, bo to wyda się nam bardzo dziwne, obleśne, dewiacyjne. A może my wydajemy się im dziwakami? Musimy odejść od naszego kręgu ocen i stereotypów. To pozwala lepiej przeżyć przygodę. Kiedy będąc w afrykańskim kraju zobaczymy biegających nagusów, wyda się nam to dość dziwne. Tymczasem takie zachowania lokalnej ludności mogą być spowodowane nie tylko warunkami atmosferycznymi, ale tradycją. Zdarzały się sytuacje, kiedy misjonarze mając może nawet dobre intencje, docierając nie tylko do Afryki czy obu Ameryk, ale także do rejonu Polinezji i in. chcieli, może i dobrze, ofiarować tubylcom ubrania. Zapomniano tylko dodać, że należałoby je czasem prać. Były to jakieś używane rzeczy, niekoniecznie wyprane, w których znajdowały się bakterie i zanim obdarowani je wyprali, bakterie ich zdziesiątkowały. Nim wyrosło pokolenie, które się na nie uodporniło, bakterie te zebrały spore żniwo. To że ktoś, przysłowiowo mówiąc, „biega na nagusa” nie oznacza, że musi być dzikim człowiekiem. Trzeba spojrzeć w jego głębię. Dla nas to może być sensacyjne, tak samo jak my możemy być dla nich ciekawi. Ci ludzie mają swoje systemy wartości, tradycje itd.
Nie należy popadać w przesadną krytykę i naśmiewać się z ich biedy, niewiedzy. Oni znajdują się w specyficznych warunkach braku środków, wykształcenia, odcięcia od świata. To wszystko ma swoje podstawy. Nic nie dzieje się bez przyczyny.

Ile krajów odwiedził Pan do tej pory?
Do tej pory odwiedziłem 123 kraje. Kilka tygodni temu wróciłem z Libii. W tym roku planuję kolejnych 10 wycieczek. Chcę dokończyć odwiedzanie krajów Ameryki Południowej. Wybieram się też do grupy państw na Karaibach.
Ile krajów udaje się Panu odwiedzić w ciągu roku?
Bardzo różnie. Niektórych krajów nie da się odwiedzić „szybko”. Kraje np. Ameryki Południowej są małe, można je odwiedzić – od Panamy do Meksyku - podczas jednej podróży. To jest osiągalne, niełatwe, ale możliwe. Przy okazji jednej z takich wypraw udało mi się nawet skoczyć na Kubę. W niektórych krajach bywam trzeci, czwarty, zdarza się, że i piąty raz. Podróży jest czasem więcej niż liczby odwiedzonych państw. Takie ciekawe kulturowo czy przyrodniczo kraje jak USA czy Australia, Indie, Włochy, Francja, Wielka Brytania, to nie są kraje na jedną podróż. Jeśli ktoś po trzytygodniowym pobycie w Italii powie, że ją zna, to przepraszam, to jest naiwne. Tam każdy region jest inny, ciekawy. Byłem w Italii kilka razy i wcale nie uznaję, że ją znam całkowicie. Tam jest takie bogactwo: Florencja, Toskania, Wenecja, Kalabria, Sycylia, Sardynia, to są wspaniałe miejsca do odkrycia. Nie wszystkie regiony świata nadają się na hurtowe podróżowanie. W Indiach byłem 4 razy. To kraj także bardzo ciekawy, zróżnicowany. Nie wszystkie z tych 123 odwiedzonych krajów, w tym niektórych po kilka razy, podobały mi się tak samo.
A jaki kraj podobał się Panu najbardziej?
Nie ma takiego jednego. Kiedyś najbardziej podobała mi się Australia. Ona została mi najgłębiej w sercu. Wydawało mi się, że pojechanie do Australii, o której miałem bardzo romantyczne wyobrażenie, to szczyt marzeń. Tam są wspaniałe krajobrazy, wspaniali ludzie. To było takie miejsce, gdzie sprawdziłem swoje siły. Każdy z nas przechodzi jakieś inicjacje. Dla mnie jedną z nich był właśnie wyjazd do Australii. Jechałem tam jako samouk. Zostałem rzucony na głębokie wody. Kilka dni spędziłem u znajomych, ale przecież nie zamierzałem ich zadręczać. Poradziłem sobie. Inne moje fascynacje to Chile, Etiopia, Irlandia, Norwegia. Jest kilka miejsc, które mnie szczególnie ujmują.

A co najbardziej fascynuje Pana w podróżowaniu?
A to zmienia się trochę na przestrzeni lat, wraz z wiekiem. Zaczęło się od zabytków i miejsc upamiętnionych wielkimi wydarzeniami historycznymi. Potem, kiedy zobaczyłem większość ważnych zabytków z listy zabytków światowego dziedzictwa UNESCO, zaczęła mnie fascynować przyroda. Drugą moją fascynacją po historii są zwierzęta, krajobrazy.
Czy podróżuje Pan sam czy z jakąś wybraną grupą?
Najczęściej jeżdżę sam, choć ostatnimi czasy często towarzyszy mi moja żona, Marysia. Są jednak wyprawy, na które programowo jej nie zabieram. Chodzi o wyprawy, na których ja, rasowy „plecakowiec” nie mogę jej zapewnić odpowiedniego komfortu. Tam gdzie jestem pewien, że warunki będą odpowiednie dla kobiety - bo przecież nie wszystkie panie są typem Beaty Pawlikowskiej - zabieram ją ze sobą. Dla mnie samego wystarczy łóżko, woda, niekoniecznie ciepła. Kiedy nie jestem pewien, co mnie może spotkać w danym miejscu, wolę jechać sam. Nie chcę narażać kogoś na ryzyko, na krytyczne przekraczanie granic, np. w krajach afrykańskich, gdzie trzeba przejść z plecakiem z jednego do drugiego miejsca, pognieździć się w siedmiu czy ośmiu w samochodzie. Coraz częściej wyjeżdżam też z przyjaciółmi, którzy się do mnie przyłączają, uważają że się przy mnie nie zgubią. Co mnie cieszy, podróżują też ze mną moi eks uczniowie z liceum czy studenci. Daje mi to satysfakcję, ponieważ w ten sposób mogę przekazać pałeczkę dalej. Cieszę się, że udaje mi się zaszczepić głód świata i nowości w innych ludziach.
Kiedy złapał Pan bakcyla podróży?
To chyba pojęta w dobrym znaczeniu wina mojego ojca, który zabierał mnie na swoje wycieczki. Pamiętam nasze wejście na Śnieżkę, na którą de facto tata musiał mnie wnieść. Nie zniechęciłem się jednak. Wybieraliśmy się coraz dalej i tak to się rozkręciło. Kiedy, na zaproszenie stryja, przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Wielkiej Brytanii, tata zmarł na zawał. Pojechałem więc już sam. To była moja pierwsza wyprawa na Zachód. W Wielkiej Brytanii od tamtej pory byłem w sumie około 20 razy. To była często moja „brama wypadowa” do dalszych podróży. W tym nietanim kraju udaje się czasami kupić tanie bilety do jakiś egzotycznych miejsc. Pierwszy raz za granicę pojechałem z rodzicami - do Rumunii, Bułgarii. Moje pierwsze samodzielne wyjazdy odbywały się do Niemiec Wschodnich. Bywałem też w Czechosłowacji. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że w Czechach będę przebywał służbowo jeszcze kilkadziesiąt razy. Swoją książkę habilitacyjną pisałem właśnie o relacjach polsko – czechosłowackich i aspekcie ukraińskim w tych stosunkach w okresie międzywojennym. Także w tamtym czasie musiałem bywać często w czechosłowackich archiwaliach. Poznałem dobrze ten kraj i bardzo go polubiłem. Udało mi się dotrzeć do bardzo prowincjonalnych ośrodków, gdzie rzadko kto dociera, gdzie komercjalizacja nie występuje w zbyt dużym stopniu. Udało mi się
poczuć lokalnego ducha i zbliżyć do ludzi.
W którym narodzie spotkał się Pan z największą otwartością i gościnnością?
Bardzo często z ciepłym przyjęciem spotykałem się w Australii. Bardzo gościnni okazali się też ludzie Wschodu. Czasem było to aż kłopotliwe, bo tam ta gościnność wyraża się w wypijaniu dość sporych ilości alkoholu i częstowaniu nim gości. To wymagało niemałej kondycji. Śniadanie zakrapiane wódeczką, tak samo obiad i kolacja. Mieszkańcy Wschodu to jednak „dusza ludzie”. Jeśli nie wychodzi się z nimi na trudne, np. polityczne tematy, to jest bardzo sympatycznie. Życzliwi byli także Szkoci a i nie mniej Brytyjczycy. Wbrew pozorom, kiedy bardziej się ich pozna, okazuje się, że oni są bardzo gościnni i życzliwi. Można to dostrzec po zejściu z oficjalnej formy. Również w Chile spotkałem się z niemałą życzliwością.
A z jakimi największymi absurdami spotkał się Pan na świecie?
Wśród ciekawostek i zadziwiających zjawisk warte wspomnienia jest np. to, że w Etiopii mężczyźni zdobywają kobietę za pomocą krów. Mężczyzna, który sprawniej przeskoczy większą liczbę krów, zdobywa panią.
Irytująca i absurdalna bywa biurokracja i przepisy. Z najbardziej nieżyciowymi zasadami spotkałem się na Białorusi. Tam ludzie są sympatyczni, ale aparat władzy już nie tak bardzo. Wystawanie w urzędach po każde pozwolenie jest męczące. W Erytrei, by pojechać do jakiegoś zabytku, trzeba mieć pozwolenie, podobnie by zrobić zdjęcie. Z restrykcją co do fotografowania spotkałem się także w Beninie.
Wśród ludów, które odwiedzałem, które pochopnie nazywa się dzikimi, a one dzikimi nie są, w Afryce albo wśród Indian, spotkałem się także z wieloma osobliwymi sytuacjami. Np. Indianie zostali nawróceni na chrześcijaństwo, ale mają swoje interpretacje niektórych prawd wiary. W niektórych kościołach zauważyłem świętych odwróconych twarzą do ściany. Okazało się, że modlono się do nich i kiedy oni nie wysłuchali modlitw, zostali za karę „postawieni do kąta”.
Co ciekawe Indianie nie są chętni, by ich fotografować, ponieważ uważają, że to zabiera im duszę. Do zrobienia zdjęcia trzeba ich było usilnie namawiać. Opór przełamywała coca cola. Otóż kiedy przy otwieraniu butelki eksploduje gaz, Indianie – dzięki opowieściom głoszonym przez producentów reklamujących ten napój - uważają, że wtedy zostaje uwolniona ich dusza. To na nich działa.
Osobliwe zwyczaje panują też wśród ludu mieszkającego na południu Etiopii, gdzie za najbardziej seksowną część ciała uważa się łydki. Ich nie wolno nawet dotykać.
A czy zdarzyło się Panu podczas którejś z wypraw popełnić jakieś poważne fo pa?
Czasem próby użycia obcojęzycznych zwrotów, bez odpowiedniego kontekstu różnie, niekiedy śmiesznie się kończyły.
Kiedyś próbowałem powiedzieć coś w języku suahili w Tanzanii. Źle wymówiłem zdanie. Zamiast zamówić danie u kelnera, powiedziałem jakieś brzydkie słowo. Konsternacja była bardzo duża. Starałem się mówić już tylko po angielsku.
Podczas mojej pierwszej wyprawy na Zachód nie znałem jeszcze języka angielskiego. Chodziłem sobie po londyńskiej dzielnicy Soho, był rok 1980. Na jednym z wejść klubu było napisane „gey club”. Sprawdziłem, że wyrażenie to w słowniku tłumaczone jest jako „wesoły chłopiec”. Wszedłem do środka. I – niespodzianka. Czułem na sobie wzrok wszystkich panów. Już po chwili wiedziałem, co się dzieje. To było dość zabawne.
Jeszcze jakiś czas temu mówiło się, że na świecie żyje 20% bogatej ludności i 80% biednej. Czy podróżując, obserwując sytuację w różnych krajach, może się Pan podpisać pod tym twierdzeniem?
Na pewno większość jest ubogich, ale powoli podział procentowy się zmienia. Np. w Indiach, w kraju, w którym stereotypem jest bieda i nędza, ogólny poziom zamożności wzrasta. Rośnie w siłę klasa średnia. Wśród miliarda ludzi, 300 milionów czegoś się dorobiło. To są potencjalni konsumenci. To napędza rynek. Oni sami w sobie są dla siebie potężnym rynkiem, dlatego kryzys nie dotknął ich aż tak bardzo.
Czy długo przygotowuje się Pan do podróży?
Zależy dokąd się wybieram. Do niektórych miejsc bardzo długo. Np. do wyprawy do Japonii przygotowywałem się przez trzy lata. To bardzo drogi kraj. Czytałem dużo, zbierałem informacje od globtroterów. Pozałatwiałem sobie jeszcze wiele rzeczy przed wyjazdem. Podczas podróży przyłączył się do mnie jeden biznesmen. Czuł się na tyle bezpiecznie, że zgodził się żyć, w jak na niego, niezbyt komfortowych warunkach. Dla niego to była prawdziwa przygoda.
Jaka jest świadomość obcokrajowców dotycząca Polski?
Powiedzmy sobie szczerze, nie jesteśmy „pępkiem świata”. I nie chodzi o to, żeby się poniżać, ale żeby znać swoje miejsce w szeregu. Wiedza na temat Polski jest średnia, ale nie jest tak źle, jakby się nam mogło wydawać. Najbardziej znani Polacy to Lech Wałęsa, Jan Paweł II - szczególnie w Ameryce Łacińskiej. W kilku miejscach właśnie w Ameryce Łacińskiej z powodu narodowości i powiązania z Papieżem miałem fundowane różne rzeczy. Podobnie w południowej Afryce. Wielu też, mimo tylu lat, które upłynęły od Mistrzostw w Świata, w których wystąpiła drużyna Górskiego, pamięta polskich sportowców np. Dejnę Kazimierza. Niektórzy młodzi ludzie kojarzą Jerzego Dudka. Zdarza się też, że znane są niektóre postacie ze świata kultury. Np. Japończycy uwielbiają Szopena. Kiedy byłem w Japonii zacząłem to obserwować. Raz w kafejce spotkałem młodego człowieka, który grał utwory naszego polskiego kompozytora. W Iranie, w miejscowości Jazd spotkałem człowieka, który gdy usłyszał, że jestem Polakiem, zapytał, czy to nie z mojego kraju pochodzi autor książki, której akcja dzieje się w starożytnym Rzymie, w której pali się chrześcijan. Okazało się, że on czytał „Quo Vadis” w perskim tłumaczeniu. W Rosji czy Gruzji bardzo dużą popularnością cieszyła się Anna German.
Podróże na pewno Pana kształtują…
Na pewno nie byłbym takim „Misiem”, gdyby nie te podróże. Studenci tytułują mnie właśnie „doktorem Misiem”. Wydaje mi się, że jestem otwartą osobą. Czasem podczas wyjazdów takie otwarcie, przyjazne nastawienie, otwiera drzwi przychylności. Nie zawsze sztywne konwenanse są najlepsze.
Czego najcenniejszego o życiu nauczył się Pan podróżując? Jakie najważniejsze lekcje wyniósł Pan z podróżowania?
Podróżowanie dodało mi wiary w siebie, swoje możliwości. Nauczyłem się też, że nie należy zbyt pochopnie wierzyć w to, co ludzie mówią, trzeba dotknąć, spróbować, sprawdzić. Czasami się to potwierdzi, ale bardzo często wcale nie. Prawda jest bardziej skomplikowana. Trzeba odejść od stereotypów, bo to nas gubi.
Czy podróżując nie boi się Pan czegoś?
Ryzykuję w kontrolowany sposób. Tak naprawdę, by coś złego się stało, nie musimy wcale jechać do Afryki, bo to może się wydarzyć na chodniku, przy naszym bloku.
Jakie stereotypy o podróżowaniu obaliłby Pan w pierwszej kolejności?
Np. ten że podróżowanie jest bardzo drogie. Wystarczy wybierać to, co dla nas ważne, jeśli jest to podróżowanie, wybierzemy to zamiast innych wydatków. Niektórzy sprowadzaliby podróżowanie tylko do tego, ile ono kosztuje. Tymczasem wiadomo, że to nie ten sam wydatek, co koszt wyjazdu na Szałe, ale też bez przesady. Po to się człowiek przygotowuje, wyszukuje tańszych ofert, by nie stracić nie wiadomo ile pieniędzy. Podróżowanie do wielu miejsc można dostosować do swojego budżetu.
Czy umiałby Pan żyć bez podróżowania?
W sumie powinienem, bo przecież nie jest to niezbędne do życia, ale przyznam, że byłoby mi trudno, bo połknąłem bakcyla podróżowania.
Przeczytaj również o:
Najbardziej niezwykła podróż morska w EuropieWioski wakacyjne blisko nas
Świat pełen kolorów
Napisz do nas:
A może coś innego:

