Dookoła świata - prawdziwa podróż zycia
Wszystko zaczęło się od pewnego szlaku górskiego , znalezionego w Internecie. Oglądałem The Milford Track - podobno jeden z najpiękniejszych szlaków na świecie, prowadzący przez przełęcze i fiordy na Wyspie Południowej na Nowej Zelandii . Na szlak może wejść dziennie tylko czterdziestu turystów. Okazało się że w kalendarzu, przy jednym z dni , pojawiło się wolne miejsce. Niewiele się namyślając , zarezerwowałem je.
Potem jeszcze pozostało kupić bilet lotniczy na Nową Zelandię. Okazało się , ze bilety do tanich nie należą. Ale też okazało się skoro człowiek już się psychicznie przełamał do takiego wydatku, dokładając nie tak znowu dużo , można kupić sobie bilet dookoła świata.
I tak , zadłużywszy się po uszy , kupiłem bilet na trasie: Warszawa - Szanghai - Tokyo - Auckland - San Francisco - New York - Warszawa. Sprawdziła się moja teoria związana z kosztami podróży - najpierw wydawać i zadłużać się, a potem martwić się spłatą.
Pewnego pochmurnego marcowego dnia wsiadłem do samolotu w Warszawie - przez Kopenhagę poleciałem do Szanghaju.
Miasto jest kolorowe i pełne ludzi. Właściwie nigdzie nie ma spokojnego miejsca. Może poza zabytkowym parkiem w centrum , gdzie zieleń dominuje nad tłumami. Wszędzie wyrastają wieżowce, a po Bund - nabrzeżu przelewają się tłumy z aparatemi fotograficznymi.
Trzy dni w Szanghaju minęły szybko i równie szybko - koleja magnetyczną jadącą 400 km/godz - dotarłem na lotnisko. Przelot do Tokyo był uroczysty - Japonia była moim marzeniem od dzieciństwa. I właśnie teraz to marzenie miało się spełnić.

Pierwsze wrażenie - protesty. Tuż za drutami kolczastymi lotniska Narita wznoszą się transparenty "precz z lotniskiem Narita" - żeby zbudowac to lotnisko , władze troche na siłę zabrały ziemię miejscowym chłopom, którzy do dziś nie chca tego zapomnieć.
W Tokyo rzuca się w oczy spora ilość bezdomnych, najwyraźniej żyjących tak na własne życzenie - są wszędzie, nawet u stóp Tokyo Metropolitan Tower - takiego jakby tokijskiego ratusza ( dwie wieże po 70 pięter).
Duże wrażenie robi specjalizacja dzielnic handlowych - jest więc dzielnica księgarń i antykwariatów, dzielnica sprzętu kuchennego, dzielnica sklepów turystycznych, dzielnica elektroniki ( Akahibara). Wyobraźcie sobie Media Markt , ustawiony piętrowo na jeszcze jednym Media Markcie , it ak przez 4 - 5 pięter. I obok taki sam budynek , i jeszcze kilka w prawo i w lewo. Tak mniej więcej wygląda Akahibara.
Wbrez pozorom sushi bary wcale nie są w każdym miejscu w Tokyo. Trzeba się nachodzić żeby jakiś znaleźć. Ale jak już się znajdzie - jedzenie jest dobre. To samo można powiedzieć o wszechobecnych zupach z udon - grubym makaronem w błotnistej z wyglądu cieczy. Żeby było łatwiej zamówić- przed restauracjami są małe gablotki , gdzie można obejrzeć realistycznie wykonane z plastiku makiety dostępnych potraw.
Ciekawostką jest wizyta na targu rybnym - o 6 rano jest już właściwie po targu. Wszystko odbywa się od 2 rano w ciemnych, wilgotnych wnętrzach ogromnych hal, gdzie niezwykła różnorodność stworzeń morskich leży w skrzynkach, jest krojona żywcem, wędruje na wagi , zamrożone wrzecionowate ciała tuńczyków wyglądają jak oszronione torpedy, a nad wszystkim unosi się zapach morza.
Jeszcze tylko wizyta w Kamakura - nadmorskim mieście słynącym z licznych świątyń buddyjskich i olbrzymiego posągu Buddy - i tydzień w tradycyjnym japońskim hotelu ryokan minął jak strzał z bicza - i znowu oblężone lotnisko Narita. Nowozelandzki Jumbo Jet stoi na pasie startowym a ja zapadam w sen.
Budze się już na południowej półkuli. Samolot powoli zniża się nad pofałdowanym krajobrazem Nowej Zelandii - zatoki, wzgórza, wszystko soczyście zielone w pierwszych promieniach słońca.

Lotnisko jest przyjazne , ludzie są przyjażni, wszystko lśni czystością. Jestem dokładnie po drugiej stronie kuli ziemskiej. Wynajętym nissanem ( ok 100 zł dziennie) jadę do Auckland. Potem szaleńcze jazdy na samą północ wyspy - czterysta kilometrów w deszczu, żeby zobaczyć kilka promieni słońca nad skłębionymi wodami Pacyfiku. Tropikalne plaże , plamy i owce. Surferzy godzinami unoszący się na wodzie w oczekiwaniu na swoją falę życia. Krajobrazy znane z filmu "Władca Pierścieni". Wszystkie żywioły są tu wymieszane. Jednego dnia oglądam grzbiet wieloryba z wynajętej łodzi, drugiego kupuję butelkę wina w winnicy na skraju oceanu, trzeciego wchodze bez żadnych zabezpieczeń na lodowiec. Kolory i nastroje zmieniają się bez przerwy. Śpię w hostelach, albo wręcz w samochodzie, co nikogo nie dziwi, bo wiele osób śpi tu w samochodach. Spędzam noc na statku zacumowanym w jednym z najpiękniejszych fiordów świata, u stóp wodospadu . W końcu zostawiam sobie szlak Milford na następny raz - zbyt wiele wrażeń, zbyt wiele do zobaczenia jak na jeden raz.

Mijają dwa tygodnie . Wracam samolotem z Queenstown, przez Christchurch do Auckland. Jest gorąco, leżę na ławce czytając książkę i czekając na wieczorny samolot do Sam Francisco . Nigdy nie leciałem jeszcze nad tak pustymi obszarami. Samolot pokonuje milę za milą, a najbliższy ląd to wyspa oddalona o 600 km. Przez 10 godzin lecimy nad wodą. Lądowanie w san Francisco - najbardziej "europejskim" z miast amerykańskich. Wynajętym rowerem jeżdżę po stromych ulicach , łamiąc niektóre przepisy. Deszcze przeplatają się z gorącymi promieniami słońca. Raz moknę , raz schnę. Krótka wizyta w Menlo Park - stolicy Doliny Krzemowej. Alcatraz, galerie sztuki i jedzenie w Fisherman's Warf - starym nabrzeżu pełnym restauracji. Oczywiście przejażdżka zabytkowym tramwajem. Minął już miesiąc podróży. Przed mną jeszcze dwa dni w Nowym Jorku i wracam do domu. To może śmieszne - czuć tęsknotę za domem , będąc w jednym z przyjemniejszych miast USA.
Odprawa na samolot do Nowego Yorku ciągnie się niezwykle długo. Wszyscy są oburzeni na flegmatycznych Chińczyków obsługujących lady American Airlines. W końcu lecimy. W dole Góry Skaliste, potem już w ciemnościach , wielkie równiny środkowych stanów.
Nowy Jork robi w ciemności wielkie wrażenie, siatka ulic Manhattanu świeci się pomarańczowo . Postanwaiam spędzić noc na lotnisku. Siedzę do rana , słuchając komunikatów o opóźnionych samolotach i usiłując zasnąć, co udaje się połowicznie. Pierwszym metrem jadę na Manhattan. Wysiadam w Central Parku i po prostu kładę się na trawie. Zasypiam na może dwie godziny. Budzi mnie wiewiórka. Chodzę po centrum - odwiedzam the Frick Collection - tam nadal wisi obraz "Święty Franciszek w ekstazie", oglądanie tego płótna to zawsze silne wrażenie i emocje. Potem spokojne szukanie roazsądnego cenowo hotelu co na Manhattanie jest trudne, ale w końcu się udaje . Jeszcze kolacja w małej rybnej restauracji niedaleko Carnegie Hall.
Następnego wieczora wsiadam w samolot do Warszawy. Podróż dookoła świata się kończy. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Ale przyznam że dobrze jest być na fali wydarzeń, nie wiedzieć gdzie będzie się spało, ani co będzie się robić jutro.
Przeczytaj również o:
Najbardziej niezwykła podróż morska w Europieart
Golf w Arizonie? To jest możliwe!
Napisz do nas:
A może coś innego:

